piątek, 28 października 2016

Boliwijskie początki

Jednym z pierwszych zdań, jakie usłyszałem na boliwijskiej ziemi było "aqui es tu nuevo paìs", co można przetłumaczyć – tutaj jest twój nowy kraj. Co miałem zrobić uśmiechnąłem się i odpowiedziałem - "sì", cytując pewną dobrze znaną mi osobę. Jaka jest Boliwia? Nie wiem. Cokolwiek będę mógł powiedzieć za jakiś czas, sam nie wiem jak długi. Bo przecież zmysł poznawczy też potrzebuje czasu.
Jedno jest pewne – po trzech tygodniach o Boliwii nadal prawie nic nie wiem, nieco więcej rozumiem z tej "pięknej kastylijskiej mowy" i nadzwyczaj często płaczę tęskniąc za tymi, którzy są tak daleko stąd.
Nie chodzi jednak o to, żeby rozpisywać się tutaj o płakaniu. To zbyt intymne, więc zostawię to dla siebie. W końcu misje to "nie jakaś hurtownia gaci" i z Bożą pomocą kiedyś i więcej zrozumiem, i zacznę gadać jak José Arcadio Morales, i łzy może też wyschną.
Jest po prostu słodko – gorzko. Ze zdecydowaną przewagą goryczki... i to nie tej chmielowej.
Żeby jednak nie przepełnić czary goryczy, pozwolę sobie na powieszenie tutaj krótkiego słowniczka pojęć, które zdaje się są tutaj dość popularne. Kolejność będzie podyktowana najzwyklejszym chaosem... i właściwie od tego zacznę.
Chaos
Jeśli wydawało mi się, że mam jakieś pojęcie o chaosie drogowym, to miałem rację – wydawało mi się. Nie znam kraju spośród tych, które odwiedziłem, gdzie wjeżdżający na rondo ma pierwszeństwo, oświetlenie w nocy jest fakultatywne i motor (chiński, ma się rozumieć) potrafi pomieścić 5 zadowolonych z podróży osób. No i pierwszeństwo ma ten, kto ma większy samochód. Ale w tym chaosie jest metoda. I myślę, że to szczęście, że nikt nie próbował zorganizować tutaj ruchu ulicznego po europejsku. Byłoby więcej larma niż z Trybunałem Konstytucyjnym w Polsce.
Placa
Tablica rejestracyjna. Wiele pojazdów po prostu jej nie ma. Dlaczego? Bo auto załatwił szwagier, od kogoś kto znajomego w warsztacie, kto z kolei "zna bardzo wpływowych ludzi", którzy znają innych i mogą załatwić (jak to swojskie "załatwić" pięknie się tu odnajduje) auto w nieco niższej cenie... jest tylko jeden mały problem – nie można go zarejestrować. Jeśli ruszy się głową, to powody staną się jasne.
Reunión
Zebranie. To chyba w Polsce nazywało się plenum... Jeśli organizuje się spotkanie, to po to, żeby na nim coś ustalić, przedłożyć rozwinięte plany, wznosić dość szczytne idee, i przede wszystkim poczuć się ważnym – czyli kimś, kto ma wpływ na cokolwiek. Tym czymkolwiek, jest owo "reunión", bo rzadko z takiego zebrania cokolwiek wynika poza lepszym samopoczuciem obradujących. Ale przecież i w każdym z nas tkwi ziarenko dumy, które rozwijając się sprawia, że chcemy być "jakoś" ważni. Poza tym takie zebranie, to zawsze okazja do wypowiedzenia przynajmniej kilku dobrych słów. A jak mawiał mój kolega "u mnie słowo droższe od pieniędzy". I może dlatego ludzie tak lubią tutaj radzić?
Negocio
Biznes. Ludzie tutaj są bardzo przedsiębiorczy. Kartki z napisem "hay hielo" (jest lód) można spotkać na wielu domach. W końcu nie każdy ma lodówkę. Chodzi o to, żeby móc zarobić na tym, czego potrzebują inni. Negocio w ten sposób staje się poniekąd pomocą okazaną drugiemu, bo przecież każdy chce mieć dostęp do tego, czego potrzebuje. A Tubylcy po prostu stwarzają możliwość. Nie spotkałem też wyrzuconej rzeczy, która mogłaby się jeszcze do czegoś nadawać. Ludzie tutaj po prostu potrafią nadać im nowe życie. A jeśli nie, to wtedy "Laudato si" – czyli niech i śmieci w rowie chwalą Pana.
Cabildos
Starszyzna. Bez cienie ironii. Piękna tradycja redukcji jezuickich, kiedy starszyzna pilnowała w kościele porządku. I choć dzisiaj to już raczej funkcja honorowa, to przypomina o historii i o tym jak drzewiej o Panu Bogu mówiono. A swoją drogą czuć w nich wodzowski majestat.
Klaskanie
Po prostu klaskanie. To jest to czego chyba nam trochę brakuje. Nie samego klaskania, ale życia i spontaniczności. Nie chodzi o to, żeby robić w kościele koncert Rubika, ale o to żeby potrafić się ucieszyć swoją obecnością przed Panem Bogiem. Nie chodzi mi też o idealizowanie takiego przeżywania wiary, jednak warto czasem być w Kościele inaczej, bardziej żywiołowo. Nie każda msza jest przecież pogrzebem. Nie ukrywam też, że póki co średnio potrafię się znaleźć jako klaskający. Ale cudowne jest to, że nic nie muszę.
Jedzenie
Słyszałem taką anegdotkę, że Boliwijczycy uważają Polaków za wegetarian (tak, byli w Polsce). Powiem wprost, jeśli my w Europie uchodzimy za niestroniących od schabowego i rolady mięsożerców, to Boliwijczycy biją nas na głowę. Miałem okazję towarzyszyć jednemu z moich boliwijskich znajomych przy rozbieraniu krowy. Na hasło "lomo", czyli polędwica, zaczęła mu cieknąć ślinka i aż przyklasnął. I jak tu nie docenić kunsztu i szlachetności boliwijskich podniebień?
Agua bendita
Woda święcona. Troszkę kojarzy mi się z Wielką Sobotą w Polsce, kiedy święci się pokarmy. Jeśli kropla nie spadnie na jedzonko i koszyczek, święcenie jest nieważne. Tylko że tutaj użycie wody święconej w dużych ilościach jest tak naturalne, że zupełnie nie dziwi. I to ciekawe, że nikt nie ucieka tu przed księdzem z kropidłem. Wręcz przeciwnie. Można odnieść wrażenie, że im więcej wody, tym więcej błogosławieństwa.

Jest pewnie jeszcze wiele spraw do opisania i wiele można powiedzieć o różnicach i podobieństwach. Jednak nie wszystko na raz. Poza tym to tylko moje wrażenie. Świeżaka, adepta misyjnej pracy. I trochę adepta samotności (brzmi znajomo).

Zatem jeśli pisze cokolwiek, to z perspektywy żółtodzioba, który musi się jeszcze nauczyć boliwijskich serc. Bo nie przyjechałem pouczać, ale żeby, jak mawia jeden ważny człowiek, "być z ludem". Pewnie te same sprawy za rok, dwa lub więcej będę widział w innej perspektywie. Niejedno chodzi mi po głowie... ale o umieraniu i rodzeniu się na nowo, spowiadaniu w Guarayo i bezradności spróbuje innym razem. O ile spróbuje.

1 komentarz: